Stoję przed moralnym wyborem. nie pierwszym. Nie ostatnim. Ale prdopodobnie jedynym tak jednoznacznym. Tak jasnym.
Mam władzę. Mogę zrobić komus krzywdę. Zasłuzoną w pełni. Może nawet wynikłoby z tego coś dobrego dla świata, dla innych ludzi. Nie łudzę sie jednak nawet, że to właśnie stanowi dla mnie jakąkolwiek motywację. to Freud biega pijany po moich engramach wymachując rekami i obrażając Rogersa.
Bo tak na prawdę ja chę tylko zatopić zęby w krwistoczerwonych emocjach, poczuc pod palcami iskierki spętego układu nerwowego. A potem zniszczyć to wszystko jednym palcem. Zabic jednym słowem. Zburzyć bez wysiłku, nie starając się nawet. Wdeptywać w ziemię obcasikiem pantofelka. Bez zmrużenia oka, bez szyderczego uśmiechu. Niszczyć i czuć to.
I sycic się bólem i cierpieniem. wyssać ostatki dumy, rozszarpać ego tepymi paznokciami. A na koniec nie trzasnąć nawet drzwiami.
I wszystko tylko i wyłącznie dlatego, że mogę.

Czy to zrobię? Czy mój wybór bedzie świadczyć o tym, że jestem krańcowo zła lub dobra? A może, sam fakt, ze tak bardzo podnieca mnie mozliwość zrobienia tego stanowi odpowiedź?

Stay tuned for know I not what I do shell